poniedziałek, 3 grudnia 2018

"Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie" Iki Graboń i moja kofeinowa historia


Na początku była kawa zbożowa. Zazwyczaj pijana wymiennie z kakao do śniadania składającego się z pszennej buły z twarożkiem i miodem albo chałki obsmażonej na modłę grzanek francuskich.


Mój pierwszy kubek kawy wypiłam w trzeciej klasie gimnazjum choć nazwanie tego kawą jest postąpieniem dalece na wyrost. Był to napój ówcześnie modny wśród nastolatków przygotowujących się do egzaminu. Typowy mix  3 w 1 – kawa rozpuszczalna, zabielacz i kawałki czekolady. Jednorazówka sprzedawana w pojedynczych, podłużnych opakowaniach dająca pozór dorosłości.

Szybko przeszło mi picie owej kawowej hybrydy. Potem od czasu do czasu piłam neskę z cukrem i mlekiem. Pamiętam dzień w którym czułam się dość niewyraźnie i doradzono mi zrobienie kawy na pobudzenie. Idąc za tą wskazówką lekko przesadziłam wypijając trzy lub cztery filiżanki. Wtedy to nabrałam takiej mocy, że nie mogąc zmrużyć oka obejrzałam cały sezon Gilmore Girls. Do dziś wielbię ten serial, również za kawowe smaczki.  
Potem przyszedł czas studiowania. Na początku stroniłam od kofeiny. Miałam w głowie ideał bycia straight Edge, chociaż to była moja własną interpretacja wizji dla tego ruchu. Zero alkoholu, zero papierosów, zero kofeiny i wszystkich innych używek. Oczywiście słuchałam muzyki rockowej, ale z pewnymi odstępstwami. Glanów i tatuaży również nie uświadczyło się w moim wyglądzie. Kolczyki nad programowe wciąż były i są w uszach.  Kierowałam się chęć bycia w stu procentach czystą. Zamiar prysł aż do pierwszej sesji. Wtedy przełamałam się na rzecz kofeiny. Wtedy miałam swój pierwszy raz z mieloną, czarną z dodatkiem cukru i zalewanej wrzątkiem. Czasem, gdy przyszedł do mnie jakiś gość to nie pogardził fusiarą. Z perspektywy czasu dziwię się jak bardzo prymitywny był to sposób picia. A kawa smakowała błotem i asfaltem.

Potem po raz pierwszy spotkałam ludzi zafascynowanych kawą. A w zasadzie uważających się za fascynatów. Używali kafetierki i pijali włoskie kawy w czerwonym i złotym opakowaniu. Lekko się snobowali używaniem podręcznych butli gazowych na wyjazdach, aby tylko napić się z kawiarki. Mleko było możliwe jedynie w formie spienionej do cappuccino. Przyznam, że podobała mi się ta rytualizacja tworzenia kawy. Wtedy przyszedł też czas na kawy aromatyzowane i pewnego rodzaju eksperymentowanie z kawą. Takie kawy dostawałam w prezencie. Były to tak kuszące nazwy jak wiśnia w czekoladzie czy szarlotka. Wtedy próbowało się syropów smakowych, syropu klonowego i różnych posypek. Zaczęłam bawić się kawą choć wciąż piło się asfalt, który w najlepszym razie był aromatyzowanym błotem. Przy tych kawach przegadywałam nie jedne wieczory tworząc ciastka na czyjeś urodziny albo po prostu rozmawiając. Dzięki tym kubkom i filiżankom kaw zacieśniałam więzi i tworzyłam relacje. Herbata nie była tak wielkim sprzymierzeńcem jak właśnie mała czarna. To był najlepszy etap z perspektywy, że kawa była pretekstem do pięknych spotkań i do spotykania ludzi, którzy byli i są do dziś dla mnie ważni.  

Potem im więcej czytałam o kulturze jedzenia, o slow food, o trzeciej fali kawy tym więcej smakowałam i powoli zmieniała się moja świadomość. Wtedy częściej z tymi samymi znajomymi od kawiarki spotykałam się w kawiarniach próbując nowych (dla mnie) metod parzenia. Obecnie określanych jako alternatywy. Potem poszłam na Festiwal Kawy w ramach Europejskiego Festiwalu Smaku i obserwowałam warsztaty z alternatyw. Wtedy po raz pierwszy kupiłam ziarno z Speciality z Java Cofee a zaraz potem nabyłam porcelanowego dripa i filtry. Od tego momentu zaczęłam próbować ziaren z różnych rejonów świata i z różnych palarni. Zakochałam się na nowo w czarnej kawie. W kawiarniach najczęściej zamawiam dripa lub americano. Nie uważam, aby  to był wielki nietakt. Dobra kawiarnia zrobi dobre americano, którego się nie powstydzi. Po różnych próbach wiem, że najbardziej smakuje mi ziarno z Etiopii lub z Kostaryki. Napar w smaku jest jasny, orzeźwiający, pozostawia miły owocowo- kwiatowy posmak o lekko kwaśnej i słodkiej nucie zarazem.

I tutaj przyszedł czas na powiedzenie mea culpa. Parę dni temu kupiłam książkę Iki Graboń  Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie i owa publikacja stała się dla mnie rodzajem rachunku sumienia. Zdałam sobie sprawę jak bardzo źle traktowałam kawę. Teraz pozostaje mi się z nią przeprosić i możliwie wynagrodzić. A co do książki to jestem nią zachwycona. Jestem kawowym nerdem i lubię poznawać ciekawostki z nią związane. Autorka dokładnie rozpisuje w jaki sposób najlepiej zaparzyć kawę. Już nie będzie straszny drip v60, kalita, chemex, french press, kafetierka, aeropress i syfon. Przy każdej metodzie rozpisany został czas parzenia i piosenka do rytmu, grubość zmielenia ziarna, potrzebne utensylia, ilość zmielonej kawy i wody. Dużo ciekawostek uzmysławiających, że kawa to owoc. Najbardziej mnie zaskoczyło i spodobało się, że owoc kawy ma dużo pektyn i wyszedł by z niego dżem. Jestem ciekawa tego smaku! Poza rzeczową treścią, na zauważenie i uznanie zasługuje forma. W książce zawarte są przejrzyste i rzeczowe infografiki. Wskazanie pasa kawowego i smaków ziarna kawy powiązanych z regionem świata są moimi ulubionymi.  Kończąc mogę stwierdzić, że Ika Graboń zna się na rzeczy. Jeśli jesteś kawowym szaleńcem albo nie jesteś, ale chciałbyś wiedzieć więcej to Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie z pewnością jest dla Ciebie.

Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie
Ika Graboń

Wydawnictwo Otwarte 2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz